Czy warto czytać książkę przed obejrzeniem filmu

Kultura

To pytanie nie jest jedynie dylematem miłośnika popkultury, stojącego przed kinową kasą z biletem w jednej i nowym wydaniem książki w drugiej ręce. To fundamentalna kwestia dotycząca natury naszego spotkania z opowieścią. Wybór kolejności nie jest błahą decyzją logistyczną, lecz świadomym określeniem swojej roli w procesie odbioru dzieła. Decydujemy, czy chcemy być architektem własnej wyobraźni, czy raczej gościem w precyzyjnie skonstruowanej wizji kogoś innego. Obie ścieżki prowadzą do tej samej historii, ale pejzaż oglądany po drodze jest radykalnie odmienny.

Budowniczy światów, czyli potęga pierwszej lektury

Sięgnięcie po książkę jako pierwsze to akt kreacji. Na początku jest tylko czarny druk na białym papierze – abstrakcyjne symbole, które nasz umysł musi przetłumaczyć na obrazy, dźwięki, a nawet zapachy. To my, czytelnicy, obsadzamy role, budujemy scenografię i komponujemy ścieżkę dźwiękową. Głos Gandalfa, odcień rudych włosów Anny Shirley, chropowatość murów Winterfell – wszystko to rodzi się w unikalnym dla każdego z nas teatrze wyobraźni.

Ten proces nie jest pasywny. Badania neurobiologiczne pokazują, że podczas czytania o czynnościach fizycznych aktywują się te same obszary w korze ruchowej mózgu, które odpowiadałyby za ich wykonanie. Czytając o biegu, nasz mózg symuluje to doświadczenie. W ten sposób opowieść staje się niemal fizycznie nasza. Stajemy się budowniczymi świata, którego fundamenty dał autor, ale którego ostateczny kształt i detale należą do nas.

Literacki pierwowzór oferuje również gęstszą tkankę narracyjną. Wewnętrzne monologi, filozoficzne dygresje, rozbudowane wątki poboczne – to elementy, które film, z natury skazany na ekonomię czasu i obrazu, musi często upraszczać lub całkowicie pomijać. Lektura Diuny Franka Herberta to nie tylko historia politycznych intryg na pustynnej planecie. To głębokie zanurzenie w ekologię, religię i ludzką psychikę, którego żaden, nawet najdoskonalszy wizualnie film, nie jest w stanie w pełni oddać. Książka daje nam kontekst, film – spektakl. Wybierając najpierw lekturę, zyskujemy pełne zrozumienie materiału źródłowego, co pozwala później ocenić adaptację nie tylko jako film, ale także jako dzieło interpretacji.

Gość w cudzej wizji – film jako pierwszy kontakt

A jednak, ścieżka prowadząca najpierw do kinowej sali ma swoje niezaprzeczalne uroki. To doświadczenie zupełnie innego rodzaju: oddanie się w ręce reżysera i pozwolenie, by jego wizja stała się naszą. Zamiast mozolnie budować świat, wchodzimy do gotowego, w pełni umeblowanego uniwersum. Muzyka Hansa Zimmera od razu nadaje ton, krajobrazy Nowej Zelandii na zawsze stają się Śródziemiem, a Alan Rickman jest i pozostanie Severusem Snapem.

Dla wielu jest to zaleta. Oglądanie filmu bez bagażu literackich oczekiwań pozwala na czystą, niczym niezakłóconą przyjemność. Nie ma miejsca na rozczarowanie, że „przecież w książce było inaczej”. Każdy zwrot akcji jest zaskoczeniem, a każda postać objawieniem. Film staje się autonomicznym dziełem sztuki, ocenianym na własnych warunkach, a nie przez pryzmat wierności oryginałowi.

Co więcej, film może pełnić rolę potężnego katalizatora. Potrafi uczynić przystępnym to, co w formie literackiej mogłoby onieśmielać. Trylogia Władcy Pierścieni w reżyserii Petera Jacksona sprawiła, że miliony ludzi na całym świecie sięgnęły po monumentalne dzieło Tolkiena, z którym być może nigdy by się nie zmierzyły. Film jest często bramą, przez którą wchodzimy do znacznie większego świata. Po seansie lektura książki staje się fascynującym procesem odkrywania – niczym zwiedzanie kulis ulubionego spektaklu. Rozpoznajemy znajome sceny, ale jednocześnie odkrywamy nowe dialogi, ukryte motywacje i całe warstwy znaczeń, które umknęły kamerze. To doświadczenie wzbogacające, a nie porównawcze.

Zderzenie światów: nieunikniony akt porównania

Niezależnie od wybranej kolejności, w pewnym momencie dochodzi do konfrontacji. To zderzenie naszej prywatnej wizji z tą publiczną, zaoferowaną przez filmowców. I tu leży sedno problemu dla tych, którzy czytali jako pierwsi.

Adaptacja filmowa nigdy nie jest prostym przeniesieniem słów na obraz w skali 1:1. To akt tłumaczenia – i to nie z języka na język, ale z medium na medium. Reżyser, podobnie jak tłumacz poezji, musi podejmować decyzje. Co zachować? Co odrzucić? Jak oddać wewnętrzny monolog za pomocą obrazu? To, co na papierze zajmuje dziesięć stron psychologicznej analizy, na ekranie musi zostać skondensowane do jednego spojrzenia, gestu, kadru.

Dlatego właśnie pojawia się ryzyko rozczarowania. Nasz pieczołowicie zbudowany świat może runąć w zderzeniu z wizją reżysera. Ten dysonans poznawczy bywa bolesny. Jednak może być też niezwykle pouczający. Uświadamia nam, jak różnie można interpretować tę samą historię i jak plastyczna jest materia opowieści. Zaczynamy doceniać nie tylko to, co zostało opowiedziane, ale również jak.

A może nie ma jednej odpowiedzi?

Ostatecznie, wybór idealnej ścieżki jest bardziej skomplikowany niż proste „tak” lub „nie”. Zależy od naszych intencji, rodzaju historii, a nawet naszego nastroju. Warto jednak rozważyć kilka praktycznych wskazówek.

Kiedy książka powinna być pierwsza

Gdy priorytetem jest dla nas głębia i złożoność świata przedstawionego. Jeśli mamy do czynienia z dziełem gęstym od idei, filozofii i rozbudowanej psychologii postaci (jak wspomniana Diuna czy proza Stanisława Lema), lektura pozwoli na pełne ich zrozumienie. Film z konieczności dokona selekcji. Podobnie w przypadku, gdy siła książki leży w jej unikalnym języku i stylu – film rzadko kiedy jest w stanie oddać kunszt prozy.

Kiedy film może otworzyć drzwi

Jeśli historia opiera się przede wszystkim na spektakularnej akcji, wizualnym rozmachu i tempie, film może okazać się bardziej satysfakcjonującym pierwszym kontaktem. Mad Max: Na drodze gniewu czy Avatar to przeżycia kinetyczne, które słowo pisane oddałoby z trudem. Film może być też lepszym wyborem, gdy odstrasza nas objętość lub gęstość literackiego pierwowzoru. Czasem lepiej jest najpierw dać się uwieść obrazem, by zyskać motywację do zmierzenia się z tysiącem stron druku.

Ostateczny wybór pozostaje osobistą decyzją. Nie ma w tej grze zwycięzców i przegranych. Istnieją tylko dwa różne sposoby podróżowania przez te same, fascynujące krainy. Jeden, w którym sami kreślimy mapę, i drugi, w którym podążamy za doświadczonym przewodnikiem. Prawdziwa magia polega na tym, że niezależnie od tego, którą drogę wybierzemy jako pierwszą, zawsze możemy zawrócić i spróbować tej drugiej, odkrywając tę samą historię na nowo. A możliwość ponownego przeżycia opowieści, która nas poruszyła, jest być może największym luksusem, jaki oferuje nam kultura.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *