Dlaczego faceci odkładają dbanie o zdrowie „na później”
Zaczyna się niewinnie. Od tępego bólu w dole pleców po całym dniu przy biurku. Od zadyszki na trzecim piętrze, która kiedyś nie istniała. Albo od tego dziwnego pieprzyka na ramieniu, który chyba… zmienił kształt. Pierwsza myśl to nie „lekarz”. Pierwsza myśl to „samo przejdzie”. To mantra, ciche zaklęcie, które ma odsunąć w czasie konfrontację z czymś, co może zakłócić ustalony porządek. To zjawisko jest tak powszechne, że niemal przezroczyste. Mężczyźni, statystycznie, żyją krócej i częściej zapadają na wiele chorób, którym można było zapobiec. Pytanie brzmi: dlaczego? Dlaczego guzik „zdrzemnij” w kontekście własnego zdrowia jest tak często i tak długo wciskany?
Odpowiedź nie jest prosta. Nie da się jej zamknąć w jednym zdaniu. To plątanina kulturowych skryptów, psychologicznych mechanizmów obronnych i twardej, biologicznej rzeczywistości. To historia o pancerzu, który miał chronić, a zaczął dusić.
Syndrom niezniszczalności, czyli pancerz, który rdzewieje od środka
W wielu kulturach, w tym naszej, męskość przez wieki była synonimem siły, odporności i samowystarczalności. Mężczyzna to był ten, który nie narzeka. Ten, który zaciska zęby i idzie dalej. Ten, który zapewnia, chroni i rozwiązuje problemy, a nie ten, który je stwarza. Ten kulturowy archetyp, choć dziś coraz częściej kwestionowany, wciąż rezonuje w naszej podświadomości.
Choroba, w tym kontekście, nie jest tylko problemem medycznym. Jest pęknięciem na wizerunku. Przyznanie się do bólu, do słabości, do tego, że coś w maszynie zwanej „ciałem” zaczyna szwankować, jest postrzegane jako porażka. To jak przyznać, że forteca, którą budowało się przez lata, ma wyłom w murze.
Badania socjologiczne i psychologiczne wielokrotnie potwierdzają istnienie tego zjawiska. Mężczyźni są uczeni od dziecka, by tłumić emocje i ignorować ból. „Chłopaki nie płaczą”, „weź się w garść”, „nie bądź babą” – te komunikaty, choć często rzucane bez złej intencji, kodują w młodych umysłach bardzo konkretny wzorzec: słabość jest czymś, czego należy się wstydzić i co należy ukrywać. Ten wzorzec przenosi się potem na dorosłe życie, gdzie wizyta u lekarza staje się aktem kapitulacji. To przyznanie, że sam sobie nie poradzę.
To prowadzi do absurdalnej sytuacji, w której mężczyzna, który bez wahania zawiezie samochód do mechanika przy pierwszym dziwnym stukocie silnika, własne ciało będzie ignorował aż do całkowitej awarii. Samochód to narzędzie. Ciało to on. Awaria narzędzia to problem techniczny. Awaria jego to problem tożsamościowy.
„Nic mi nie jest”. Słowa, które stają się samospełniającą się przepowiednią
Za fasadą ignorancji i odwlekania kryje się coś znacznie głębszego niż tylko duma. Kryje się strach. Ale nie jest to prosty strach przed igłą czy białym fartuchem. To bardziej złożony i paraliżujący lęk, który rozgałęzia się na kilka nurtów.
Strach przed diagnozą: Lepiej nie wiedzieć?
Mechanizm wyparcia jest jednym z najpotężniejszych narzędzi naszego umysłu. Chroni nas przed informacjami, z którymi nie jesteśmy gotowi się zmierzyć. W kontekście zdrowia działa on z pełną mocą. Odwlekanie wizyty u lekarza to często podświadoma próba utrzymania status quo. Dopóki nie ma diagnozy, nie ma problemu. Można żyć w iluzji, że wszystko jest w porządku.
Ten strach przed utratą kontroli jest kluczowy. Diagnoza, zwłaszcza poważna, to moment, w którym życie wymyka się z rąk. Nagle to nie ty decydujesz o swoim planie dnia, tygodnia czy reszty życia. Decydują lekarze, wyniki badań, schematy leczenia. Dla kogoś, kto całe życie budował swoją tożsamość na byciu „panem swojego losu”, taka perspektywa jest przerażająca. Paradoksalnie, próbując utrzymać kontrolę poprzez unikanie lekarza, mężczyźni oddają ją chorobie, która rozwija się w ciszy, poza jakąkolwiek kontrolą.
Bariera wstydu i komunikacji
Mówienie o zdrowiu wymaga pewnego rodzaju intymności i wrażliwości. Trzeba opisać swoje dolegliwości, odpowiedzieć na osobiste pytania, poddać się badaniu. To wszystko wymaga zrzucenia zbroi. Dla wielu mężczyzn, wychowanych w kulcie stoicyzmu, jest to niezwykle trudne.
Problem dotyczy nie tylko komunikacji z lekarzem, ale także z najbliższymi. Jak wynika z raportu „Prostate Cancer: A Family Affair” przeprowadzonego w Europie, aż 70% mężczyzn czuje się niekomfortowo, rozmawiając o problemach zdrowotnych z rodziną i przyjaciółmi. Wolą cierpieć w milczeniu, niż narazić się na bycie postrzeganym jako „kłopot” lub, co gorsza, jako ktoś słaby. Ta cisza tworzy błędne koło – brak rozmowy potęguje poczucie izolacji i lęku, co jeszcze bardziej utrudnia szukanie pomocy.
Czas to pieniądz, a zdrowie to… koszt?
Przejdźmy od psychologii do czystej pragmatyki. W tradycyjnym modelu rodziny to mężczyzna często dźwigał główny ciężar finansowy. Chociaż te role dynamicznie się zmieniają, w mentalności wielu wciąż pokutuje przekonanie, że ich głównym zadaniem jest praca i zapewnienie bytu.
W tym równaniu zdrowie traktowane jest nie jako inwestycja, a jako koszt. Koszt czasu – trzeba wziąć wolne w pracy, dojechać, czekać w kolejce. Koszt pieniędzy – wizyty prywatne, badania, leki. Z tej perspektywy, profilaktyka wydaje się luksusem. „Nie mam czasu chorować” to nie tylko figura retoryczna, to dla wielu mężczyzn brutalna rzeczywistość. Dopóki mogą funkcjonować, chodzić do pracy i wypełniać swoje obowiązki, problem zdrowotny jest spychany na dół listy priorytetów.
Statystyki dotyczące oczekiwanej długości życia są tu bezlitosne. W Polsce, według danych GUS za 2022 rok, mężczyźni żyją średnio o 8 lat krócej niż kobiety. Oczywiście, na tę różnicę składa się wiele czynników – od większej skłonności do ryzyka po cięższą pracę fizyczną – ale niechęć do profilaktyki i wczesnej diagnostyki jest jednym z kluczowych elementów tej ponurej układanki.
Inny system operacyjny? Jak męski organizm komunikuje problemy
Sprawę komplikuje fakt, że niektóre problemy zdrowotne, zwłaszcza te natury psychicznej, mogą manifestować się u mężczyzn inaczej niż u kobiet. To, co podręcznikowo kojarzymy z depresją – smutek, płaczliwość, apatia – u mężczyzn często przybiera maskę.
Depresja u mężczyzny może objawiać się jako:
- Irytacja i gniew: Nagłe wybuchy złości, agresja, ciągłe zdenerwowanie.
- Zachowania ryzykowne: Nadużywanie alkoholu, szybsza jazda samochodem, hazard.
- Objawy fizyczne: Bóle głowy, problemy z trawieniem, chroniczne zmęczenie, zaburzenia snu.
Mężczyzna odczuwający takie symptomy rzadko kiedy pomyśli: „chyba mam depresję”. Prędzej uzna, że jest zestresowany, przepracowany, albo po prostu „taki ma charakter”. Będzie szukał rozwiązania w kolejnej filiżance kawy, tabletce przeciwbólowej lub kieliszku whisky, zamiast u specjalisty. To jak próba naprawy błędu w oprogramowaniu poprzez uderzanie w obudowę komputera. Nie zadziała, a może tylko pogorszyć sprawę.
Ten „inny język” ciała i psychiki sprawia, że mężczyznom trudniej jest zidentyfikować problem u siebie, a otoczeniu trudniej jest go zauważyć i odpowiednio zareagować.
Zakończenie: Przekalibrować kompas
Odkładanie dbania o zdrowie „na później” nie jest więc wynikiem prostej ignorancji czy uporu. To złożony problem, w którym kulturowe scenariusze o męskości splatają się z indywidualnym lękiem, pragmatyzmem i biologicznymi realiami. To historia o tym, jak siła, rozumiana jako niezniszczalność, staje się największą słabością.
Zmiana tego stanu rzeczy wymaga czegoś więcej niż tylko kampanii społecznych nawołujących do badań. Wymaga fundamentalnej rekalibracji kompasu męskości. Wymaga zrozumienia i promowania nowej definicji siły.
Siłą nie jest ignorowanie sygnału alarmowego, który wysyła ciało. Siłą jest mieć odwagę go usłyszeć i na niego odpowiedzieć. Siłą nie jest cierpienie w milczeniu. Siłą jest umiejętność poproszenia o pomoc, gdy jest ona potrzebna. Siłą nie jest bycie niezniszczalnym tytanem. Siłą jest bycie człowiekiem, który rozumie swoją kruchość i wie, jak o siebie zadbać, by móc dbać o innych.
To nie jest proces, który wydarzy się z dnia na dzień. To maraton, nie sprint. Ale każdy mężczyzna, który zdecyduje się pójść do lekarza z tym „niewinnym” bólem pleców, każda partnerka, która z empatią, a nie z pretensją, zachęci do wizyty, i każdy ojciec, który nauczy syna, że dbanie o siebie nie jest powodem do wstydu, przykłada swoją cegiełkę do budowy zdrowszej i, paradoksalnie, znacznie silniejszej definicji tego, co to znaczy być facetem.
