Presja bycia dobrą w wielu rolach jednocześnie

Kobieta

Gdybyśmy mieli stworzyć CV opisujące nie naszą ścieżkę zawodową, a życiową, u wielu osób lista „stanowisk” byłaby imponująco długa i wewnętrznie sprzeczna. Logistyk rodzinny, menedżer projektu „dom”, strateg ds. rozwoju dzieci, analityk finansowy budżetu domowego, a do tego specjalista w swojej zawodowej dziedzinie, partner, przyjaciel i córka. Każda z tych ról ma własny opis wymagań, kluczowe wskaźniki efektywności i, co najważniejsze, oczekiwania – zarówno te narzucone z zewnątrz, jak i te, które hodujemy w sobie. Problem zaczyna się, gdy próbujemy być na każdym z tych etatów pracownikiem roku. Jednocześnie.

Skąd bierze się ta presja? Anatomia wielozadaniowego mitu

Poczucie, że musimy być doskonali na każdym froncie, nie jest irracjonalną fanaberią. To złożony konstrukt, budowany z kilku solidnych, społecznych i psychologicznych cegieł. Zrozumienie jego fundamentów to pierwszy krok do tego, by przestać być jego niewolnikiem.

Niewidzialny etat, czyli „mental load”

Jednym z kluczowych, choć często pomijanych, elementów tej układanki jest zjawisko określane jako „mental load” (obciążenie psychiczne). To niekończąca się lista rzeczy do zrobienia, zaplanowania i przewidzenia, która stale rezyduje w naszej głowie. To nie tylko pamiętanie o wizycie u dentysty, ale też o tym, by ją umówić, zorganizować transport, sprawdzić ubezpieczenie i ewentualnie przełożyć inne spotkanie.

Francuska artystka Emma w swoim słynnym komiksie „You should’ve asked” zobrazowała to jako ciągłe bycie menedżerem projektu „rodzina”. Badania potwierdzają, że to obciążenie wciąż w nieproporcjonalny sposób spoczywa na barkach kobiet. Według raportu „Women in the Workplace 2021” autorstwa McKinsey & Company, kobiety znacznie częściej niż mężczyźni biorą na siebie zadania związane z dbaniem o dobrostan zespołu w pracy i zarządzaniem domem, co prowadzi do wyższego wskaźnika wypalenia. To praca, której nie widać w żadnym raporcie, a która zużywa ogromne zasoby poznawcze.

Kulturowy scenariusz „kobiety orkiestry”

Przez dekady kultura popularna karmiła nas wizerunkiem „superwoman” – kobiety, która z uśmiechem na twarzy i w nienagannym stroju łączy karierę z idealnym macierzyństwem, pasją i życiem towarzyskim. Ten mit, choć pozornie inspirujący, stał się toksycznym standardem. Wymaga on nie tyle dobrej organizacji, co nadludzkich mocy.

Ten scenariusz zakłada, że posiadanie wszystkiego i bycie wszystkim jest nie tylko możliwe, ale i pożądane. Każde potknięcie, każda niedoskonałość w jednej z ról, jest odczytywane jako osobista porażka, a nie jako logiczna konsekwencja rozproszenia energii na zbyt wiele frontów.

Pułapka porównań w erze social media

Do tradycyjnych presji społecznych dołączył potężny akcelerator: media społecznościowe. To tam cudze życie, starannie wykadrowane i przefiltrowane, staje się naszym punktem odniesienia. Widzimy koleżankę, która po urodzeniu dziecka wróciła do formy w trzy miesiące, znajomą z pracy awansującą podczas urlopu macierzyńskiego i przyjaciółkę piekącą organiczny chleb na zakwasie.

Nasz mózg, mimo że wie o tej iluzji, ma tendencję do tworzenia bolesnego kolażu z tych fragmentów. Skleja je w obraz nierealistycznego ideału, do którego potem podświadomie dążymy, czując frustrację przy każdym zderzeniu z własną, znacznie bardziej złożoną rzeczywistością.

Co na to nauka? Neurologiczny koszt żonglerki

Próba bycia dobrym we wszystkim naraz nie jest tylko kwestią złego zarządzania czasem. To działanie wbrew podstawowym zasadom funkcjonowania naszego mózgu. Popularny mit multitaskingu został już dawno obalony przez neuronaukę.

To, co nazywamy wielozadaniowością, w rzeczywistości jest bardzo szybkim przełączaniem się między zadaniami (task-switching). Każde takie przełączenie ma swój koszt. Badania prowadzone m.in. na Uniwersytecie Stanforda pokazują, że osoby, które regularnie próbują przetwarzać kilka strumieni informacji jednocześnie, mają gorszą pamięć roboczą i trudniej im jest skupić uwagę niż osobom, które koncentrują się na jednym zadaniu.

Co więcej, ten koszt przełączania się może obniżyć naszą produktywność nawet o 40%. Pomyśl o tym jak o silniku samochodu, który musisz co chwilę gasić i odpalać. Zużywa to nieporównywalnie więcej paliwa i energii, niż płynna jazda. W naszym przypadku paliwem jest energia poznawcza. Ciągłe przełączanie się między rolą matki, pracownika i partnerki w ciągu kilku minut prowadzi do chronicznego zmęczenia i podwyższonego poziomu kortyzolu, hormonu stresu.

Konsekwencje życia na pełnych obrotach

Utrzymywanie fasady wszechmocy ma swoją cenę. Nie jest to jednorazowy rachunek, a raczej abonament, który z czasem staje się coraz droższy.

Pierwszym i najbardziej oczywistym skutkiem jest wypalenie. Christina Maslach, pionierka badań nad tym zjawiskiem, definiuje je poprzez trzy wymiary: emocjonalne wyczerpanie, cynizm i depersonalizację (poczucie obcości wobec swojej pracy/roli) oraz obniżone poczucie własnych dokonań. Brzmi znajomo? To stan, w którym nie masz już siły, by troszczyć się o cokolwiek, a rzeczy, które kiedyś sprawiały ci radość, stają się kolejnym obowiązkiem.

Drugą konsekwencją jest pogorszenie jakości relacji. Kiedy cała energia idzie na „ogarnianie”, niewiele zostaje jej na autentyczną obecność. Rozmowy stają się transakcyjne, a bliskość ustępuje miejsca logistyce. Trudno być empatycznym partnerem czy cierpliwym rodzicem, gdy w głowie masz otwartych dwadzieścia innych „zakładek”.

Wreszcie, najsubtelniejszą, ale i najboleśniejszą ceną jest utrata kontaktu z samą sobą. W pogoni za wypełnianiem kolejnych ról i spełnianiem oczekiwań, łatwo zapomnieć o tym, kim jesteśmy poza nimi. Nasze potrzeby, pasje i pragnienia zostają zepchnięte na koniec listy priorytetów, aż w końcu zupełnie z niej znikają.

Jak odzyskać kontrolę? Praktyczny zestaw narzędzi

Porzucenie iluzji bycia idealnym we wszystkim nie jest oznaką słabości, lecz aktem strategicznej mądrości i dbałości o własne zasoby. To przejście od modelu sprintera do modelu maratończyka. Oto kilka praktycznych kroków, które mogą w tym pomóc.

Audyt ról i zasada „wystarczająco dobrze”

Zacznij od szczerego przyjrzenia się wszystkim rolom, które pełnisz. Wypisz je. A teraz przy każdej z nich zadaj sobie pytanie: co w tej roli jest dla mnie absolutnie kluczowe, a co jest tylko dodatkiem, który narzuciłam sobie sama lub przejęłam z otoczenia?

Następnie wprowadź do swojego życia koncepcję „wystarczająco dobrego” (good enough). To termin wprowadzony przez psychoanalityka Donalda Winnicotta w kontekście rodzicielstwa, ale można go z powodzeniem zastosować do każdej innej sfery. „Wystarczająco dobra” matka to nie ta, która piecze organiczne ciasteczka, ale ta, która zapewnia dziecku miłość i bezpieczeństwo. „Wystarczająco dobry” pracownik to nie ten, który odpowiada na maile o północy, ale ten, który rzetelnie wykonuje swoje kluczowe obowiązki. To świadoma rezygnacja z perfekcjonizmu na rzecz priorytetów.

Sztuka delegowania i komunikacji granic

Wiele zadań z listy „mental load” można, a nawet trzeba, delegować. Kluczem jest jednak nie tylko samo przekazanie zadania, ale też odpowiedzialności za nie. Zamiast prosić partnera: „Czy mógłbyś kupić prezent na urodziny dla Zosi?”, spróbuj powiedzieć: „Zbliżają się urodziny Zosi. Czy mógłbyś wziąć na siebie temat prezentu – od pomysłu, przez zakup, po zapakowanie?”. To subtelna, ale fundamentalna różnica.

Równie ważne jest asertywne komunikowanie swoich granic. „Nie dam rady zająć się tym w tym tygodniu”, „Potrzebuję godziny dla siebie po pracy”, „Nie będę sprawdzać maili po 18:00” – to nie komunikaty egoistki, ale osoby, która świadomie zarządza swoją energią.

Monotasking jako forma luksusu

W świecie, który gloryfikuje bycie „zajętym”, skupienie się na jednej rzeczy naraz staje się aktem buntu i formą prawdziwego luksusu. Spróbuj wprowadzić do swojego dnia „okna monotaskingu”. Przez 30 minut tylko odpisuj na maile. Przez 20 minut tylko baw się z dzieckiem, bez telefonu w ręku. Przez 15 minut tylko pij kawę, patrząc przez okno.

Początkowo może to być trudne – mózg przyzwyczajony do ciągłej stymulacji będzie się wyrywał. Jednak z czasem odkryjesz, że jakość twojej pracy i twojej obecności w relacjach wzrasta w sposób, którego nie da się osiągnąć żadną wielozadaniową ekwilibrystyką.

Technologia, która pomaga, a nie przeszkadza

Używaj technologii jako swojego sojusznika w odciążaniu głowy. Współdzielone kalendarze, aplikacje do list zakupów, menedżery zadań – to wszystko narzędzia, które mogą przejąć część twojego „mental load”. Zamiast trzymać wszystko w pamięci, zaufaj systemowi, który stworzysz. Jednocześnie bądź bezwzględna dla technologii, która kradnie twoją uwagę – wyłącz niepotrzebne powiadomienia, ustal godziny bez ekranu, świadomie korzystaj z mediów społecznościowych, zamiast pozwalać, by to one korzystały z ciebie.

Presja bycia dobrą w wielu rolach jednocześnie nie zniknie z dnia na dzień. Jest zbyt głęboko zakorzeniona w naszej kulturze. Możemy jednak zmienić naszą relację z nią. Zamiast być orkiestrą, w której każdy instrument próbuje grać najgłośniej jak potrafi, stwórzmy harmonijną kompozycję. Czasem na pierwszy plan wysuną się skrzypce kariery, innym razem ciepłe brzmienie wiolonczeli życia rodzinnego. A czasem, co najważniejsze, pozwolimy wybrzmieć ciszy – przestrzeni tylko dla siebie. Bycie dyrygentem własnego życia nie polega na tym, by wszystkie instrumenty grały na raz, ale by wiedzieć, kiedy dać sygnał każdemu z nich.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *