Jak czytać więcej bez rezygnowania z innych zajęć

Kultura

Na twojej półce, tej fizycznej lub wirtualnej, prawdopodobnie rośnie stos książek. Stos obietnic. Każda okładka to zaproszenie do innego świata, każda niezagięta strona to potencjalne odkrycie. Jednocześnie w twojej głowie rośnie inny, niewidzialny stos – stos obowiązków, planów i codziennych zadań. Te dwie sterty prowadzą cichą wojnę o zasób, którego nie da się pomnożyć: czas. Powszechna mądrość podpowiada, że aby więcej czytać, trzeba coś poświęcić. Zrezygnować z serialu, spotkania, snu. To jest jednak myślenie w kategoriach gry o sumie zerowej. A co, jeśli problem nie leży w ilości dostępnego czasu, ale w jego architekturze? Co, jeśli kluczem nie jest szukanie wolnych godzin, a raczej odzyskiwanie skradzionych minut?

Architektura czasu, czyli dlaczego „znaleźć czas” to zła strategia

Wyobraź sobie swój dzień nie jako linię czasu, ale jako budynek z wieloma pokojami. Są tam duże sale – praca, sen. Są mniejsze pokoje – posiłki, dojazdy. Ale są też korytarze, wnęki i przestrzenie między nimi. Czas spędzony w kolejce po kawę, kilka minut przed rozpoczęciem spotkania online, chwila, gdy czekasz, aż zagotuje się woda. To właśnie „czas śródmiąższowy”, architektoniczna pustka naszego harmonogramu.

Problem w tym, że te przestrzenie rzadko pozostają puste. Zostały skolonizowane. Według danych z raportu Digital 2023, globalna średnia dzienna czasu spędzanego w mediach społecznościowych wynosi 2 godziny i 31 minut. To prawie 18 godzin tygodniowo. Przy średniej prędkości czytania około 250 słów na minutę, to wystarczająco dużo czasu na przeczytanie co najmniej jednej 300-stronicowej książki. Co tydzień.

Nie chodzi o demonizowanie technologii. Chodzi o świadomość, że walczymy o naszą uwagę na rynku, na którym nie jesteśmy klientem, a produktem. Algorytmy są zaprojektowane, by wypełnić każdą wolną szczelinę w naszej świadomości krótkotrwałym, łatwo przyswajalnym bodźcem. Czytanie książki wymaga czegoś odwrotnego: skupienia, wysiłku poznawczego i odroczonej gratyfikacji. Dlatego strategia „znajdę czas później” prawie zawsze przegrywa. Nie znajdziesz go, bo on już został zagospodarowany. Strategia musi polegać na świadomym projektowaniu i obronie tych przestrzeni.

Zdemaskuj swojego złodzieja czasu

Pierwszym krokiem każdego architekta jest inwentaryzacja terenu. Zanim zaczniesz budować nowe nawyki, musisz zrozumieć, co stoi na twojej działce. Przez tydzień nie próbuj niczego zmieniać. Po prostu obserwuj. Wykorzystaj wbudowane w telefon narzędzia (jak Czas przed ekranem w iOS czy Cyfrowa równowaga w Androidzie) i bez oceniania spójrz na twarde dane.

Ile razy odblokowałeś telefon? Które aplikacje pochłonęły najwięcej minut? Często szokujące nie są same liczby, ale ich kontekst. Te 90 minut na Instagramie to nie była jedna, świadoma sesja relaksu. To było 40 krótkich, niemal odruchowych zerknięć, które poszatkowały twój dzień, uniemożliwiając wejście w stan głębszej koncentracji, niezbędnej do czytania.

To ćwiczenie nie ma na celu wzbudzania poczucia winy. Ma na celu dostarczenie danych. Kiedy wiesz, że „tylko sprawdzę powiadomienia” regularnie kosztuje cię 20 minut, zyskujesz punkt zaczepienia. Zyskujesz świadomość, gdzie dokładnie uciekają cenne sekundy, które, zsumowane, tworzą godziny.

Mikro-chwile i zasada atomowych nawyków

Kiedy już znasz mapę swojego czasu, możesz zacząć wprowadzać zmiany. Ale nie rewolucyjne. Rewolucje często kończą się porażką. Lepsza jest ewolucja. James Clear w swojej książce „Atomowe nawyki” argumentuje, że kluczem do trwałej zmiany nie są wielkie zrywy, ale małe, powtarzalne czynności, które z czasem procentują.

Zamiast postanowienia „będę czytać godzinę dziennie”, spróbuj czegoś znacznie mniejszego: „przeczytam jedną stronę podczas parzenia porannej kawy”. To jest tak proste, że trudno znaleźć wymówkę, by tego nie zrobić. To jest atom. Taki nawyk można „dopiąć” do już istniejącej rutyny (tzw. habit stacking). Po umyciu zębów wieczorem, przeczytam jeden akapit. Zanim włączę odcinek serialu, przeczytam dwie strony.

Te mikro-sesje czytelnicze wydają się nieistotne. Jednak ich siła nie leży w jednorazowym wyniku, ale w kumulacji i zmianie tożsamości. Czytając jedną stronę dziennie, po roku masz na koncie 365 stron – całą książkę. Co ważniejsze, przestajesz być kimś, „kto chciałby czytać”, a stajesz się kimś, „kto czyta”. Codziennie.

Potęga audiobooków: hakowanie wielozadaniowości

Wielozadaniowość to w dużej mierze mit. Nasz mózg nie jest w stanie świadomie przetwarzać dwóch złożonych zadań jednocześnie – on się między nimi gwałtownie przełącza, tracąc przy tym energię i efektywność. Istnieje jednak wyjątek: łączenie zadania poznawczego z zadaniem motorycznym, które nie wymaga dużej uwagi.

Tu właśnie wkraczają audiobooki. Słuchanie książki podczas zmywania, prowadzenia samochodu, biegania czy składania prania to nie jest rozpraszająca wielozadaniowość. To jest efektywne wykorzystanie kanałów sensorycznych. Twoje ręce i ciało są zajęte, ale umysł jest wolny. To idealny sposób na transformację „pustego” czasu w czas wartościowy.

Według badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley w 2019 roku, słuchanie historii i czytanie ich aktywuje te same obszary poznawcze i emocjonalne w mózgu. Oznacza to, że z perspektywy przetwarzania narracji, słuchanie jest równie wartościowym doświadczeniem. Oczywiście, nie każda książka nadaje się do słuchania – gęste teksty naukowe mogą wymagać skupienia wzroku – ale dla literatury faktu, beletrystyki czy biografii to rewolucyjne narzędzie.

Zasada 50 stron, czyli jak oszukać mózg

Jedną z największych barier w sięganiu po nową książkę jest presja zobowiązania. Jeśli zacznę, muszę skończyć. To psychologiczne obciążenie sprawia, że łatwiej jest włączyć coś na Netflixie, gdzie zobowiązanie jest mniejsze.

Rozwiązaniem jest prosta umowa z samym sobą: daję każdej książce 50 stron. Jeśli po 50 stronach historia mnie nie wciągnie, styl autora mnie irytuje albo temat okazuje się nudny – porzucam ją bez wyrzutów sumienia.

Ta zasada robi dwie niezwykłe rzeczy. Po pierwsze, drastycznie obniża próg wejścia. Łatwiej jest zacząć coś, co możesz porzucić, niż coś, co musisz skończyć. Po drugie, zapewnia, że czas, który poświęcasz na czytanie, jest zawsze dobrze zainwestowany. Życie jest za krótkie na męczenie się ze złymi książkami, gdy na świecie istnieją miliony tych wybitnych.

Środowisko mądrzejsze od silnej woli

Siła woli jest zasobem wyczerpywalnym. Opieranie na niej całego planu czytania jest jak budowanie domu na piasku. Znacznie skuteczniejsze jest zaprojektowanie środowiska, które będzie wspierać twoje cele, zamiast z nimi walczyć. Chodzi o zwiększanie tarcia dla nawyków niepożądanych i zmniejszanie go dla tych pożądanych.

Jeśli telefon jest pierwszą rzeczą, po którą sięgasz rano, przenieś ładowarkę do innego pokoju i połóż książkę na szafce nocnej. Fizyczna niedostępność telefonu i bliskość książki sprawią, że wybór stanie się niemal automatyczny.

Jeśli chcesz czytać w ciągu dnia, zostaw książkę otwartą na stole w kuchni. Usuń aplikacje społecznościowe z ekranu głównego telefonu i umieść tam aplikację czytnika e-booków. Każda, nawet najmniejsza, bariera na drodze do rozpraszacza i każde ułatwienie na drodze do książki to małe zwycięstwo w projektowaniu swojego otoczenia. Nie zmuszasz się do czytania. Sprawiasz, że jest to ścieżka najmniejszego oporu.

Czytanie to nie wyścig

W kulturze optymalizacji i produktywności łatwo jest wpaść w pułapkę traktowania czytania jako kolejnego zadania do odhaczenia. Liczenie przeczytanych książek, bicie rekordów, porównywanie się z innymi. To wszystko zabija radość i esencję tego, czym jest zanurzenie się w lekturze.

Badaczka neurobiologii poznawczej Maryanne Wolf w swojej pracy zwraca uwagę na różnicę między „czytaniem głębokim” a skanowaniem tekstu, do którego przyzwyczajają nas media cyfrowe. Czytanie głębokie to powolny, immersyjny proces, który angażuje empatię, krytyczne myślenie i pozwala na tworzenie bogatych połączeń neuronowych. To właśnie w tym procesie leży magia książek.

Dlatego pozwól sobie na luksus powolności. Na zatrzymanie się i ponowne przeczytanie zdania, które cię zachwyciło. Na podkreślanie fragmentów. Na robienie notatek na marginesie. Celem nie jest dotarcie do ostatniej strony jak najszybciej, ale przeżycie podróży, którą oferuje autor. Jedna książka przeczytana z uwagą i refleksją jest warta więcej niż dziesięć „przeleconych” tylko po to, by zwiększyć statystykę.

Zamiast kropki, wielokropek…

Problem braku czasu na czytanie rzadko jest problemem braku czasu. To symptom głębszego zjawiska: nieustrukturyzowanej walki o naszą uwagę, w której domyślne ustawienia współczesnego życia nie sprzyjają skupieniu.

Zwiększenie liczby przeczytanych książek bez rezygnacji z ważnych dla ciebie aktywności nie wymaga heroicznych poświęceń. Wymaga zmiany perspektywy: z poszukiwacza zaginionego czasu w świadomego architekta jego struktury. Chodzi o odzyskiwanie skrawków, projektowanie środowiska, które ci sprzyja, i redefinicję samego aktu czytania – z maratonu na serię uważnych, satysfakcjonujących spacerów. Każda przeczytana strona w kolejce po kawę to nie tylko krok bliżej końca książki. To mały akt odzyskania kontroli nad własnym umysłem. A to podróż, która nigdy się nie kończy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *