Wpływ seriali i filmów na nasze wybory życiowe

Lifestyle

Światła w kinie gasną, napisy końcowe płyną po ekranie, a ty powoli wracasz do rzeczywistości. Przez chwilę świat na zewnątrz wydaje się nieco inny – cichszy, mniej nasycony kolorami, jakby pozbawiony ścieżki dźwiękowej. To uczucie, ten moment zawieszenia między fikcją a realnością, zna niemal każdy. Zwykle mija po kilku minutach. Ale czy na pewno wszystko mija? Czy opowieść, którą właśnie przeżyliśmy, znika bez śladu, czy może zostawia w nas coś więcej – ledwo dostrzegalny osad, który z czasem wpłynie na to, kim jesteśmy, kogo kochamy i dokąd zmierzamy?

Lustrzane neurony w kinowym mroku

Zanim przejdziemy do wielkich życiowych decyzji, zacznijmy od czegoś fundamentalnego, co dzieje się w naszych mózgach, gdy patrzymy na ekran. W korze przedruchowej i płacie ciemieniowym posiadamy niezwykłe komórki nerwowe – neurony lustrzane. Zostały odkryte w latach 90. przez zespół Giacomo Rizzolattiego i działają w fascynujący sposób: aktywują się zarówno wtedy, gdy sami wykonujemy jakąś czynność, jak i wtedy, gdy obserwujemy, jak wykonuje ją ktoś inny.

Kiedy widzisz, jak bohater filmu sięga po filiżankę kawy, w twoim mózgu uaktywnia się część tych samych obwodów neuronalnych, które odpowiadałyby za twój własny ruch sięgnięcia po tę filiżankę. To neurologiczny fundament empatii. Dzięki niemu czujemy strach Lary Croft, determinację Rocky’ego Balboa czy ból Joela z The Last of Us. Nie tylko rozumiemy ich emocje – my je do pewnego stopnia odczuwamy. Ten mechanizm sprawia, że historie na ekranie stają się naszymi historiami, a wybory bohaterów – niemal naszymi wyborami. Jesteśmy biologicznie zaprogramowani, by uczyć się przez obserwację i symulację. Kino i seriale stały się najpotężniejszym symulatorem doświadczeń w historii ludzkości.

Efekt Scully i mapa nowych światów

W 1993 roku na ekranach telewizorów pojawiła się agentka FBI Dana Scully. Inteligentna, sceptyczna, opierająca się na nauce i logice, stanowiła idealną przeciwwagę dla wierzącego w zjawiska paranormalne Foxa Muldera. Jej postać okazała się czymś więcej niż tylko elementem fabuły. Okazała się inspiracją.

Według badań przeprowadzonych przez Geena Davis Institute on Gender in Media, aż 63% kobiet pracujących w dziedzinach STEM (nauka, technologia, inżynieria, matematyka) wskazało postać Dany Scully jako swój wzór do naśladowania. Kobiety, które regularnie oglądały Z Archiwum X, o 50% częściej postrzegały dziedziny STEM jako kluczowe i częściej rozważały karierę w tych obszarach. Zjawisko to nazwano „Efektem Scully”.

To potężny dowód na to, jak fikcyjne postacie mogą rysować dla nas mapy potencjalnych przyszłości. Seriale i filmy nie tylko odzwierciedlają świat – one go również kreują, pokazując ścieżki, których istnienia mogliśmy sobie nie uświadamiać.

  • Gambit Królowej spowodował gwałtowny wzrost zainteresowania szachami na całym świecie, a sprzedaż zestawów szachowych na eBayu wzrosła o 250%.
  • Popularność seriali medycznych, takich jak Ostry dyżur czy Dr House, mimo ich fabularnych uproszczeń, od lat wpływa na decyzje o podjęciu studiów medycznych.
  • Nawet postacie prawników z Suits czy Better Call Saul, choć często działające na granicy etyki, demistyfikują zawód i czynią go atrakcyjnym dla nowej generacji studentów prawa.

Fikcja staje się katalizatorem aspiracji. Pokazuje nam, że „ktoś taki jak ja” może zostać lekarką, naukowczynią, genialną szachistką. Rozszerza horyzonty możliwości, zwłaszcza dla osób, które w swoim bezpośrednim otoczeniu nie mają podobnych wzorców.

Architekci naszej rzeczywistości

Wpływ mediów nie ogranicza się jednak do świadomych wyborów zawodowych. Jest o wiele bardziej subtelny i dotyczy samej tkanki naszej percepcji świata. George Gerbner, twórca teorii kultywacji, argumentował, że długotrwała ekspozycja na telewizję kształtuje nasze przekonania o rzeczywistości społecznej, upodabniając je do systematycznie powtarzanych obrazów z ekranu.

Jeśli spędzasz wieczory, oglądając głównie seriale kryminalne, w których na każdym rogu czai się niebezpieczeństwo, twój mózg zaczyna uśredniać te dane. W rezultacie możesz zacząć postrzegać świat jako znacznie bardziej niebezpieczny, niż jest w rzeczywistości. To zjawisko, znane jako „syndrom wrednego świata” (Mean World Syndrome), prowadzi do zwiększonego poziomu lęku, nieufności wobec obcych i poparcia dla bardziej restrykcyjnych środków bezpieczeństwa. Twoje postawy polityczne i społeczne mogą ulec zmianie nie w wyniku świadomej analizy, a przez powolną, podskórną absorpcję fikcyjnych narracji.

Romantyczna pułapka

Jednym z najpotężniejszych pól oddziaływania fikcji są nasze relacje. Komedie romantyczne przez dekady kodowały w nas bardzo specyficzny model miłości, oparty na serii tropów:

  • „Meet-cute”: przypadkowe, urocze pierwsze spotkanie, które wydaje się przeznaczeniem.
  • Wielki gest: publiczna deklaracja miłości, często na lotnisku, która rozwiązuje wszystkie problemy.
  • Przekonanie o „tej jedynej” lub „tym jedynym”: idea, że gdzieś na świecie czeka na nas idealnie dopasowana druga połówka.

Badania opublikowane w „Journal of Social and Personal Relationships” sugerują, że osoby, które mocno wierzą w ideały miłości romantycznej przedstawiane w mediach, mogą mieć mniej satysfakcjonujące związki. Dlaczego? Ponieważ rzeczywistość rzadko kiedy dorównuje scenariuszowi filmowemu. Prawdziwa miłość to nie seria fabularnych zwrotów akcji, a raczej cicha, codzienna praca, kompromisy i akceptacja niedoskonałości – coś, co jest znacznie mniej kinowe. Oczekiwanie na „wielki gest” może sprawić, że nie docenimy małych, codziennych dowodów uczucia.

Konsument w Krainie Czarów

Wybory, które podejmujemy, dotyczą również tego, co kupujemy. W 1982 roku sprzedaż czekoladek Reese’s Pieces wzrosła o 65% w ciągu trzech miesięcy od premiery filmu E.T., w którym mały kosmita zajadał się właśnie nimi. To jeden z pierwszych i najbardziej spektakularnych przykładów product placementu.

Dzisiaj ta technika jest znacznie bardziej wyrafinowana. Nie chodzi już tylko o pokazanie logo. Chodzi o kreowanie stylu życia. Bohaterowie seriali mieszkają w określonych apartamentach, jeżdżą konkretnymi samochodami, używają konkretnych laptopów i piją konkretną kawę. Oglądając Seks w wielkim mieście, kobiety na całym świecie zapragnęły butów Manolo Blahnika. Oglądając Jamesa Bonda, mężczyźni zapragnęli zegarka Omega i samochodu Aston Martin.

Fikcja sprzedaje nam nie tylko produkty, ale całe pakiety tożsamościowe. Chcemy być jak nasi ulubieni bohaterowie, a najprostszym sposobem, by się do nich zbliżyć, jest nabycie atrybutów ich świata. To potężny motor napędowy konsumpcjonizmu, który kształtuje nasze decyzje zakupowe w sposób, z którego rzadko zdajemy sobie sprawę.

Ciemna strona ekranu – Efekt Wertera

W 1774 roku Johann Wolfgang von Goethe opublikował Cierpienia młodego Wertera. Powieść o nieszczęśliwie zakochanym artyście, który popełnia samobójstwo, stała się bestsellerem, ale przyniosła też nieoczekiwany, tragiczny skutek. Przez Europę przetoczyła się fala samobójstw młodych mężczyzn, którzy naśladowali swojego literackiego idola, ubierając się nawet w charakterystyczny żółto-niebieski strój. Zjawisko to socjolog David Phillips nazwał później „Efektem Wertera” – wzrostem liczby samobójstw po nagłośnieniu takiego przypadku w mediach.

To najbardziej ekstremalny dowód na siłę narracji. Współczesne badania potwierdzają istnienie tego mechanizmu. Analiza przeprowadzona po premierze serialu 13 powodów, który w szczegółowy sposób przedstawiał samobójstwo nastolatki, wykazała statystycznie istotny wzrost liczby samobójstw wśród amerykańskiej młodzieży (w wieku 10-17 lat) w miesiącach następujących po emisji.

To pokazuje, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na twórcach. Historie mają moc nie tylko inspirowania do wielkości, ale również do destrukcji. Sposób, w jaki przedstawiane są trudne tematy – zdrowie psychiczne, przemoc, uzależnienia – może mieć realne, mierzalne konsekwencje w prawdziwym świecie.

Algorytm, czyli echo w cyfrowej jaskini

Współczesne oglądanie seriali i filmów różni się od tego sprzed dwudziestu lat. Nie jesteśmy już zdani na ramówkę telewizyjną. Jesteśmy kuratorami własnych doświadczeń, a raczej tak nam się wydaje. W rzeczywistości naszym głównym kuratorem jest algorytm.

Platformy streamingowe, takie jak Netflix czy HBO Max, analizują każdy nasz wybór: co oglądamy, co przewijamy, kiedy robimy pauzę, co oglądamy ponownie. Na podstawie tych danych budują nasz profil i podsuwają nam treści, które z największym prawdopodobieństwem nam się spodobają. To wygodne, ale też niebezpieczne.

Algorytm tworzy cyfrową wersję jaskini platońskiej. Zamyka nas w bańce rekomendacji, która wzmacnia nasze dotychczasowe gusta i poglądy. Jeśli lubisz filmy o spiskach politycznych, algorytm podsunie ci ich więcej, utwierdzając cię w przekonaniu, że świat jest pełen zakulisowych intryg. Jeśli oglądasz seriale o bogatych ludziach sukcesu, dostaniesz ich kolejną dawkę, co może pogłębiać twoją frustrację lub napędzać materialistyczne ambicje.

W ten sposób wpływ mediów staje się zapętlony. Nie tylko kształtują nas pojedyncze dzieła, ale cały ekosystem treści, który jest precyzyjnie dopasowany, by utrzymać naszą uwagę i wzmocnić to, w co już wierzymy. Przestajemy być wystawiani na przypadek, na filmy i idee, które mogłyby zakwestionować nasz światopogląd.

Opowieści, które konsumujemy, są jak dieta. Mogą być zróżnicowane i pożywne, otwierając nas na nowe smaki i perspektywy. Mogą też być monotonne i przetworzone, prowadząc do intelektualnej otyłości i światopoglądowej awitaminozy. Świadomość tych mechanizmów – od neuronów lustrzanych, przez efekt Scully, aż po pułapki algorytmów – nie ma na celu odebrania nam przyjemności z oglądania. Wręcz przeciwnie. Daje nam narzędzia, by być bardziej świadomymi widzami. Pozwala odróżnić inspirację od iluzji i prawdziwe pragnienia od tych, które zostały nam zręcznie zaszczepione w kinowym mroku. Bo ostatecznie to my trzymamy pilota. Przynajmniej na razie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *