Najczęstsze błędy kierowców, które skracają życie silnika
Sercem każdego samochodu jest silnik. To nie poetycka metafora, a mechaniczna rzeczywistość. Zespół setek precyzyjnie dopasowanych, ruchomych części, które w ciągu swojego życia wykonują miliardy cykli pracy w ekstremalnych warunkach ciśnienia i temperatury. My, kierowcy, jesteśmy dyrygentami tej skomplikowanej orkiestry. A sposób, w jaki machamy batutą – czyli naciskamy pedały i operujemy dźwignią zmiany biegów – ma fundamentalne znaczenie dla jej żywotności.
Często myślimy o awariach silnika jako o losowych, pechowych zdarzeniach. Prawda jest jednak znacznie bardziej prozaiczna i, w pewnym sensie, bardziej w naszych rękach. Większość przedwczesnych zgonów jednostek napędowych nie jest wynikiem wad fabrycznych, lecz powolnego, systematycznego zabijania ich przez codzienne nawyki. To śmierć od tysiąca małych cięć, z których każdego z osobna moglibyśmy uniknąć.
Zimny prysznic dla mechanicznego serca
Wyobraź sobie, że budzisz się gwałtownie i natychmiast, bez rozgrzewki, zaczynasz sprint. Twoje mięśnie i stawy zaprotestowałyby natychmiast. Dokładnie to samo robimy silnikowi, gdy tuż po uruchomieniu wkręcamy go na wysokie obroty.
Ten mechaniczny organizm, tuż po przebudzeniu, jest niezwykle wrażliwy. Metalowe elementy mają różną rozszerzalność cieplną – tłoki rozgrzewają się szybciej niż cylindry, co prowadzi do minimalizacji luzów montażowych. Gęsty, zimny olej przypomina miód, a nie płynny środek smarny. Zanim pompa rozprowadzi go po wszystkich zakamarkach magistrali olejowej, mija kilka, a czasem kilkanaście kluczowych sekund. W tym czasie silnik pracuje w warunkach granicznego tarcia.
Badania firm zajmujących się tribologią (nauką o tarciu) i producenci silników są zgodni: nawet do 80% całkowitego zużycia silnika ma miejsce w pierwszych kilkudziesięciu sekundach jego pracy. Każde gwałtowne dodanie gazu na zimno to jak szlifowanie papierem ściernym gładzi cylindrów i panewek.
Rozwiązanie jest proste i nie wymaga żadnych nakładów finansowych. Po uruchomieniu silnika odczekaj 30-60 sekund. Nie chodzi o rozgrzewanie go na postoju przez kwadrans, co jest nieekonomiczne i nieekologiczne. Chodzi o to, by dać olejowi szansę dotrzeć wszędzie tam, gdzie jest potrzebny. Następnie ruszaj i przez pierwsze kilka-kilkanaście kilometrów prowadź auto delikatnie, unikając wysokich obrotów i gwałtownego przyspieszania. Twoim wyznacznikiem powinna być wskazówka temperatury cieczy chłodzącej – dopóki nie osiągnie wartości roboczej (zwykle 90°C), traktuj pedał gazu z pietyzmem.
Syndrom miejskiej dżungli, czyli śmierć od tysiąca krótkich cięć
Paradoksalnie, jednym z największych wrogów silnika jest… nieużywanie go zgodnie z przeznaczeniem. A dokładniej, notoryczna jazda na ultrakrótkich dystansach. Codzienne dojazdy do sklepu oddalonego o 2 kilometry czy odwożenie dziecka do przedszkola za rogiem to dla silnika scenariusz z koszmaru.
W trakcie normalnej pracy, w komorach spalania powstaje para wodna, a do oleju silnikowego przedostają się niewielkie ilości niespalonego paliwa. To procesy całkowicie naturalne. Kiedy silnik osiąga swoją temperaturę roboczą (wspomniane 90°C dla cieczy, ale ponad 100°C dla oleju), woda i lżejsze frakcje paliwa po prostu odparowują i są usuwane przez system odpowietrzenia skrzyni korbowej (odmę).
Problem pojawia się, gdy jeździmy na tak krótkich odcinkach, że silnik nie osiąga temperatury operacyjnej, która pozwoliłaby odparować wodę i resztki paliwa z oleju. Woda w połączeniu z olejem tworzy emulsję, charakterystyczną maź przypominającą masło lub majonez, którą czasem można zobaczyć pod korkiem wlewu oleju. Ta maź ma fatalne właściwości smarne. Co gorsza, woda w połączeniu z produktami spalania siarki (obecnej w paliwie) tworzy agresywne kwasy, które prowadzą do korozji wewnętrznych elementów silnika.
W przypadku nowoczesnych diesli dochodzi jeszcze problem filtra cząstek stałych (DPF/FAP), który do regeneracji (wypalenia sadzy) potrzebuje stałej, wysokiej temperatury, osiąganej zazwyczaj podczas jazdy w trasie. Ciągła jazda miejska przerywa ten proces, prowadząc do zapychania filtra i, w konsekwencji, rozrzedzania oleju paliwem podczas nieudanych prób regeneracji.
Fałszywa oszczędność, czyli duszenie na niskich obrotach
Wskazówki „ekojazdy” często sugerują utrzymywanie jak najniższych obrotów silnika. Jest w tym ziarno prawdy, ale doprowadzone do ekstremum, staje się jednym z najskuteczniejszych sposobów na zniszczenie jednostki napędowej. Zjawisko to, zwane potocznie „duszeniem” silnika, a fachowo lugging, polega na jeździe z bardzo niską prędkością obrotową przy jednoczesnym dużym obciążeniu (np. wciskanie gazu do oporu na piątym biegu przy 50 km/h).
To jak próba wjechania na rowerze pod stromą górę na najwyższym biegu. Czujesz potężny opór w nogach, słyszysz jak łańcuch protestuje. Twój silnik czuje to samo, tylko tysiąc razy mocniej. Układ korbowo-tłokowy jest wtedy poddawany gigantycznym przeciążeniom. Wibracje i niskie ciśnienie oleju (którego wydajność pompy jest zależna od obrotów) sprawiają, że panewki, sworznie tłokowe i łożyska wału korbowego zużywają się w zastraszającym tempie.
W nowoczesnych, wysilonych silnikach benzynowych z bezpośrednim wtryskiem (TSI, GDI, EcoBoost) dochodzi do tego jeszcze jedno, groźne zjawisko: LSPI (Low-Speed Pre-Ignition), czyli przedwczesny zapłon przy niskich prędkościach obrotowych. To niekontrolowana, gwałtowna detonacja mieszanki, która generuje w cylindrze falę uderzeniową o ogromnym ciśnieniu, mogącą w skrajnych przypadkach doprowadzić do pęknięcia tłoka lub uszkodzenia korbowodu.
Naucz się słuchać swojego silnika. Jeśli po wciśnięciu gazu czujesz, że cała karoseria wpada w wibracje, a auto zamiast przyspieszać, wydaje z siebie stłumione, basowe buczenie – to znak, że musisz zredukować bieg.
Krew i płuca silnika – zaniedbania, które bolą najbardziej
Powyższe błędy dotyczą stylu jazdy. Istnieje jednak kategoria grzechów związanych z podstawową obsługą, które są równie, jeśli nie bardziej, destrukcyjne.
Olej – więcej niż smarowanie
Traktowanie oleju silnikowego wyłącznie jako środka smarnego to poważne niedopowiedzenie. Owszem, jego podstawowym zadaniem jest tworzenie filmu olejowego, który oddziela od siebie poruszające się metalowe powierzchnie. Ale to tylko początek. Olej pełni również funkcję:
- Chłodzącą: odbiera ciepło z najbardziej obciążonych termicznie części, jak denka tłoków.
- Czyszczącą: utrzymuje w zawiesinie produkty spalania (sadzę) i drobinki metalu, transportując je do filtra.
- Uszczelniającą: wypełnia mikroszczeliny, np. między pierścieniami tłokowymi a cylindrem.
- Antykorozyjną: chroni metalowe elementy przed utlenianiem.
Z czasem, pod wpływem temperatury i reakcji chemicznych, olej traci swoje właściwości. Dodatki uszlachetniające ulegają zużyciu, a jego zdolność do neutralizacji kwasów i utrzymywania sadzy w zawiesinie spada. Dlatego regularna wymiana oleju i filtra jest absolutnie najważniejszą czynnością serwisową. Przeciąganie interwałów wymiany, sugerowane czasem przez producentów (tzw. tryb Long Life), jest proszeniem się o kłopoty, zwłaszcza przy jeździe miejskiej. Dla zdrowia silnika, rozsądnym kompromisem jest wymiana co 10-15 tysięcy kilometrów lub raz w roku – w zależności od tego, co nastąpi pierwsze.
Ignorancja nie jest błogosławieństwem
Współczesne samochody komunikują się z nami za pomocą kontrolek na desce rozdzielczej. Ignorowanie ich to jak ignorowanie bólu w klatce piersiowej. Czerwona kontrolka ciśnienia oleju (tzw. „konewka”) nie jest sugestią, że „kiedyś trzeba będzie sprawdzić olej”. To sygnał „Zatrzymaj się natychmiast i zgaś silnik!”. Każda sekunda pracy bez odpowiedniego ciśnienia smarowania to wyrok śmierci dla panewek i turbosprężarki.
Podobnie rzecz ma się z filtrami. Zapchany filtr powietrza działa jak astma dla silnika – ogranicza jego „oddech”, zmuszając do pracy na bogatszej mieszance, co zwiększa zużycie paliwa i zanieczyszcza olej. Stary filtr paliwa może ograniczać jego dopływ, prowadząc do uszkodzenia pompy paliwowej.
Silnik nie jest tajemniczą, czarną skrzynką. To logiczny i, w gruncie rzeczy, dość wrażliwy system. Nasza codzienna interakcja z nim nie jest bez znaczenia. To suma małych, świadomych decyzji – delikatnego traktowania na zimno, unikania „duszenia”, regularnych wymian płynów i wsłuchiwania się w jego pracę – która decyduje o tym, czy nasza mechaniczna orkiestra będzie grała bez fałszu przez setki tysięcy kilometrów, czy też jej koncert skończy się przedwcześnie, gwałtownym zgrzytem i kosztowną ciszą.
